„Mewy” uskrzydlone facetem z kasyna. Czy Brighton ugra coś w Premier League?

1
„Mewy” uskrzydlone facetem z kasyna. Czy Brighton ugra coś w Premier League?

Pamiętacie finisz sezonu w Championship w 2013 roku? 95. minuta meczu, Anthony Knockaert, zawodnik Leicester City, ustawia piłkę na 11. metrze, oddaje strzał, ale jego próbę powstrzymuje Manuel Almunia. Gracze Watfordu, bo to tam między słupkami stoi Hiszpan – wychodzą z kontrą, zdobywają gola i zabierają „Lisom” awans do fazy play-off o Premier League.

Film z tej szalonej końcówki bił rekordy wyświetleń na wiadomym portalu i już pewnie do końca kariery będzie jednym z pierwszych skojarzeń z francuskim pomocnikiem. Knockaert wziął jednak porażkę na klatę i z drużyną Nigela Pearsona awansował do elity rok później. Podobnie ma się sytuacja Brighton – w ubiegłym sezonie byli o krok od promocji do najwyższej klasy rozgrywkowej w Anglii i wyłożyli się na ostatniej prostej – w dwóch ostatnich meczach z Derby i Middlesbrough zamiast potrzebnych trzech punktów, zdobyli dwa i zostali zepchnięci do baraży, w których odpadli z Sheffield Wednesday.

„Jedenaście miesięcy minęło od przegranych baraży i momentu, w którym w szatni powiedziałem całej drużynie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Wyjdziemy z tej sytuacji i wywalczymy awans w przyszłym sezonie” – mówił już po sezonie 2016/17 Tony Bloom, prezes klubu z południa Anglii.

To właśnie Blooma śmiało można nazwać asem w rękawie wszystkich fanów zespołu z Brighton. Jest on wnukiem vice-prezesa klubu z lat 70., który zaszczepił młodzieńcowi miłość do popularnych „Mew”. Dlaczego asem? Otóż dlatego, że to gość, który już jako nastolatek przewyższał rówieśników jeśli chodzi o kieszonkowe i to nie z uwagi na bananową sielankę z rodzicami, ale ze względu na horrendalne wygrane w hazardowych rozgrywkach.

„Jeszcze zanim skończyłem 10 lat, chodziłem z kumplami na maszyny, grając za niewielkie kieszonkowe. Mój dziadek był hazardzistą, obstawiającym wyścigi konne, a jego drugą pasją był właśnie futbol” – trudno odmówić Bloomowi faktu, iż swojego dziadunię w obu dziedzinach prześcignął.

Obecny prezes Brighton w młodości nie był jednak dzieciakiem, który dla swojego hobby porzucił naukę. Uczęszczał do Lancing College, gdzie za rok edukacji trzeba zapłacić ponad 20 tysięcy funtów. Szkoła szczyci się listą absolwentów, na której widnieją nazwiska choćby Sir Davida Hare’a – znanego dramaturga, Roberta Wilsona – ministra w rządzie Davida Camerona i Theresy May, czy też Phillipa Womacka – dziennikarza The Times i The Thelegraph.

Mimo całkiem niezłego startu w nauce, Bloom studiował matematykę zaledwie pół roku. Wtedy stwierdził, że swój talent do gier wykorzysta zawodowo. Obstawiał wyniki krykieta tak agresywnie, że znana w latach 90. firma Victor Chandler zaproponowała mu pracę polegającą na układaniu kursów w taki sposób, by jak najwięcej pieniędzy płynęło prosto do bukmachera.

Smykałka do przewidywania wyników zaowocowała własnym biznesem w branży. Bloom otworzył firmę Premier Bet, którą jednak sprzedał po kilku latach, dokładnie w 2005 roku. Na bezrobociu długo jednak nie wytrzymał. Już 12 miesięcy później utworzył firmę Starlizard, specjalizującą się w doradzaniu bogaczom, jak obstawiać swoje pieniądze i mnożyć zyski.

Jeżeli zastanawiacie się skąd tak śliska nazwa, spieszę z odpowiedzią. Tony Bloom, to w pokerowym światku „Jaszczurka”, niezwykle odporna na najtrudniejsze sytuacje, potrafiąca odnaleźć się nawet w największym bagnie. Właściciel i prezes Brighton to wytrawny gracz, który niegdyś odważył się wyzwać jednego z najlepszych pokerzystów na świecie – Kanadyjczyka Daniela Nagreanu i przegrać postawione pół miliona dolarów po sześciogodzinnej batalii. Jeśli zatem doceniacie czasami twitterowe rozgrywki polskich prezesów piłkarskich klubów, określając je mianem odważnych i szalonych, pomyślcie o wszystkich fanach „Mew”, którzy ze swoim dobroczyńcą nie mogą się nudzić.

Właśnie słowo „dobroczyńca” nie jest tu użyte przypadkowo. Bloom, odkąd przejął stery nad klubem z położonego nad Kanałem La Manche miasta, wpompował w niego już grubo ponad 200 milionów brytyjskiej waluty. Najważniejsza inwestycja? Wcale nie nazwiska na koszulkach, a nowoczesny, mogący pomieścić ponad 30 tysięcy fanów Falmer Stadium.

Inwestycja ta nie była przypadkowa. Z miejscem rozgrywania swoich spotkań w Brighton natychmiast uruchamia się fala nieprzyjemnych wspomnień z drugiej połowy ostatniej dekady ubiegłego wieku. Futbolowy romantyzm w zamieszkałym przez blisko 150 tysięcy osób miejscu, umarł kiedy władze miasta zdecydowały się na sprzedaż gruntu, na którym stał historyczny stadion „Mew”, Goldstone Ground. Stadion, który widział jak jeszcze w latach 70. i 80. Brighton było w najwyższej klasie rozgrywkowej. Sezon 96/97 miał być ostatnim, kiedy to właśnie Goldstone służyło jako domowy obiekt zespołu. Niewiele zabrakło, aby był także ostatnim w Football League, czyli na poziomie czterech najwyższych lig w kraju.

Brighton do ostatniej kolejki biło się o utrzymanie w League Two, a decydujące starcie odbyło się właśnie na tym obiekcie. Rywalem było jakże znane przecież wszystkim fanom futbolu Hareford.

„Poczucie stresu było wszechobecne. Brighton przegrywało do przerwy po samobójczym golu, a przed nami stała przyszłość klubu bez stadionu, wyproszonego z Football League” – tak tamte wydarzenia opisuje teraz wieloletni fan zespołu Matt Allen. W drugiej połowie gola wyrównującego zdobył Robbie Reinelt, remis pozwolił utrzymać się „Mewom” na wodzie. Harefood poleciało z ligi przez gorszy bilans bramek – w 2008 roku klub po spadku z siódmego poziomu rozgrywek został rozwiązany.

Brighton nie zostało jednak bez swoich problemów. Tułało się po obcych obiektach. Kiedy Goldstone Ground zrównano z ziemią i postawiono tam oczywiście galerię handlową, zespół ten musiał swoje „domowe” mecze rozgrywać w Gillingham, a później na Whitdean, lokalnym stadionie lekkoatletycznym.

Dopiero po przejęciu klubu przez Blooma w 2009 roku, zainwestowano w całą infrastrukturę, a już w 2011 roku podczas meczu z Doncaster, Brighton szczyciło się kompletem widzów na trzydziestotysięcznej arenie, w dodatku wygrywając 2:1 po golu w 98. minucie.

Burzliwa historia właśnie wtedy się uspokoiła. Bloom nadal nie rzucał swojego majątku na znane nazwiska, dodatkowym utrudnieniem był fakt, że „Mewy” fruwały wtedy tylko w trzeciej lidze. Za sprawą Blooma, swoje pierwsze duże kroki w trenerce postawił Gustavo Poyet, który wprowadził drużynę do Championship. Poyet szybko znalazł pracodawcę wyżej, a Bloom został w 2013 roku bez menadżera. Sezon 13/14 z Oscarem Garcią nie był jednak satysfakcjonujący. Pomyłką było zastąpienie go przez Sammiego Hyypię, aż w końcu erę Fina, który punktował na poziomie jednego „oczka” na mecz, zakończył Chris Hughton, znany z pracy w Newcastle i Norwich, z którymi święcił awanse do Premier League.

Irlandczyk przejął stery w nadmorskim mieście dokładnie 31. grudnia 2014 roku. Jego celem w pierwszym sezonie było utrzymanie. Cel został osiągnięty, „Mewy” zajęły 20. miejsce w lidze, mając sześć punktów przewagi nad strefą spadkową.

Kolejny sezon był już zdecydowanie lepszy, choć zakończył się wspomnianym niedosytem. Do Premier League awansowali Burnley (93 pkt) i Middlesbrough (89), które okazało się lepsze od podopiecznych Hughtona o… dwie bramki. Fazę play-off „Mewy” zakończyły półfinałową porażką z Sheffield Wednesday, a ostatecznie do elity awansowało Hull City.

Sezon ubiegły to już jednak koncert klubu Tony’ego Blooma. Zawodnicy jakby posłuchali słów zacytowanych kilka akapitów temu i szturmem wzięli Championship. Drużynę wzmocnili obrońca Shane Duffy oraz 32-letni napastnik z przeszłością w Premier League – Glenn Murray. Oba transfery okazały się strzałem w dychę.

Dlaczego pierwszy? Ano dlatego, że Brighton w lidze straciło obok Newcastle najmniej (40) bramek, aż 20 razy zachowując czyste konto. Dlaczego drugi? Ano dlatego, że w Murray z 23 golami razem z Dwightem Gayle’m i Tammym Abrahamem został Vice-królem Strzelców. Na korzyść „Mew” działa jednak fakt, że awans zapewnili sobie jeszcze przed „Srokami”.

Do kluczowych postaci, które przyczyniły się do powrotu do elity po 35 latach, zaliczyć można jeszcze z pewnością członków oficjalnej „jedenastki sezonu”. David Stockdale dwoił się i troił między słupkami, choć złośliwi i tak będą mu wypominać starcie z Norwich, w którym zapakował sobie dwukrotnie piłkę do własnej bramki. Wyróżnić należy także wspomnianego Knockaerta, wybranego najlepszym piłkarzem sezonu. Francuz tym razem pragnie zostać ważnym elementem układanki beniaminka, bowiem jego wspomnienia z Leicester nie należą do najlepszych. Sezon 14/15 w Premier League w barwach „Lisów” zakończył bowiem na zaledwie 9 występach.

„Kompletnie nie zasłużyłem na to, jak mnie potraktowano. Bardzo pomogłem w awansie, a później Nigel Pearson przestał ze mną rozmawiać i bez podania przyczyny odstawił mnie od pierwszego składu. To powód, dla którego musiałem odejść z Leicester” – tak tłumaczył swoją decyzję na łamach Daily Mail. Francuz rzeczywiście kolejny sezon spędził w Standardzie Liege, ale już w kampanii 16/17 był największą gwiazdą Brighton i ponownie wywalczył promocję z Championship.

I tak jak Stockdale’a nie ma już w ekipie Chrisa Hughtona, gdyż odszedł do Birmingham (zła wiadomość dla Tomasza Kuszczaka), tak Knockaert, zdobywca aż 15 goli i autor 9 asyst przejawia się jako gość, który ma wiele do udowodnienia i to nie tylko przez pryzmat mistrzowskiego sezonu Leicester bez jego udziału. Francuza zastąpiono przecież wówczas Riyadem Mahrezem, motywacja Knockaerta jest zatem jasna – na stałe wejść do świadomości fanów całej ligi.

Jeśli chodzi o transfery, Brighton nie zaskakuje. Brak tutaj szalonych ruchów i sięgania po starych wyjadaczy. „Mewami” stali się Markus Suttner i Pascal Gross, którzy przyszli z niemieckiego Ingolstadt. Zwłaszcza drugi z nich budzi ciekawość – Gross był wiodącą postacią bawarskiego zespołu (5 goli i 4 asysty), ale nie uchronił ekipy przed spadkiem. Może być jednak ciekawym wzmocnieniem środka pola.

Wspomnianego Stockdale’a ma natomiast zastąpić australijski bramkarz Mathew Ryan. Mierzący niewiele ponad 180 centymetrów golkiper nie sprawdził się w Valencii i ostatni sezon spędził na wypożyczeniu w belgijskim KRC Genk.

Trudno nazwać terminarz „Mew” niesprzyjającym. Brighton kończy sezon przygotowawczy meczem towarzyskim z Atletico Madryt i pozostanie przez kolejny weekend w hiszpańskich nastrojach, bowiem na starcie ligi podejmą oni u siebie drużynę Pepa Guardioli. Jednak już kolejne pięć spotkań, to rywalizacje, które mogą być kluczowe w walce o utrzymanie. Druga kolejka to wyjazd do Leicester (popis Knockaerta?), trzecia to wizyta w Watfordzie. Po przerwie reprezentacyjnej czekają ich mecze z WBA, Bournemouth i Newcaste, a dopiero w siódmej kolejce odwiedzą renomowanego rywala – Arsenal.

Ekipa Chrisa Hughtona to jeden z głównych faworytów do spadku z ligi. Za ich relegację nie płaci się tak niewiele jak za degradację Huddersfield Town, ale według Williama Hilla, Brighton ma zająć miejsce tuż nad zespołem Davida Wagnera. Prezes Bloom ma jednak z pewnością niejednego asa w rękawie, którego będzie chciał wykorzystać do wydłużenia pierwszego w historii pobytu „Mew” w Premier League.

Jeśli jakimś cudem warto było czytać, zapraszam tutaj.

LEAVE A REPLY