Najpierw survival, później awans do elity. Kto tworzy bandę Davida Wagnera?

4
Najpierw survival, później awans do elity. Kto tworzy bandę Davida Wagnera?

Czy można zakwalifikować się do rundy play-off o awans do Premier League z ujemnym bilansem bramkowym? I czy w właśnie w tych decydujących trzech meczach nie strzelić gola, a mimo to cieszyć się z promocji do wyższej ligi? Popularni „The Terriers” z Huddersfield tego dokonali, ale dziś stają przed jeszcze trudniejszym zadaniem – utrzymaniem w na salonach.

1,57 do 1. Ten niesamowity kurs zapewniający ogromną wygraną, tym razem nie towarzyszy domowemu starciu piątej drużyny ligi z szesnastą, będącą w dodatku po trzech porażkach z rzędu. Tak niewiele można wygrać typując dziś spadek z Premier League drużyny Davida Wagnera. To najniższy kurs w najnowszej historii najwyższej angielskiej ligi – słowem, powracająca na salony po 45 latach drużyna z północy kraju, nie jest stawiana wśród faworytów do awansu do europejskich pucharów.

Żeby jeszcze bardziej uwypuklić to, jak niesamowity krok do przodu zrobiła ta drużyna, wystarczy cofnąć się o dwa lata. Jesienią 2015 roku, do Davida Wagnera zadzwonił Jurgen Klopp z propozycją posady asystenta w czerwonej części Merseyside, ale ten odmówił i chwilę później przejął samodzielnie stery właśnie w Huddersfield. Zadaniu sprostał – utrzymał drużynę w Championship, na odległym 19. miejscu.

Znajomość z Kloppem sugeruje, że Wagner, były reprezentant Stanów Zjednoczonych, może mieć niecodzienne metody prowadzenia klubu i rzeczywiście trudno za „normalny” uznać pomysł obozu przygotowawczego na szwedzkiej wyspie w kompletnie prehistorycznych warunkach.

Brak internetu, bieżącej wody i prądu oraz konieczność polowania na swój posiłek, skłonił zespół do integracji” – opowiadał Tommy Smith, prawy obrońca drużyny, sugerując, że picie wody z jeziora i codzienne rozpalanie ogniska sprawiły, że koledzy z jednej szatni zdecydowanie poprawili swoje relacje, stając się po prostu dobrymi kumplami.

Efekt? Poparta ciężką harówą pozaboiskowa przyjaźń doprowadziła ich do piątego miejsca w lidze, choć co godne uwagi – z ujemnym bilansem bramkowym 56:58. „Teriery” nie szokowały skutecznością – ich najlepszym strzelcem z 12 golami na koncie w 42 meczach był Elias Kachunga, wypożyczony przed historycznym sezonem z Ingolstadt. Fanów Huddersfield uspokajam, wspomniany Kachunga – Niemiec, który posiada także obywatelstwo Demokratycznej Republiki Konga, 1 lipca tego roku sfinalizował swój transfer definitywny i to za śmieszne jak na realia Premier League – 3,5 miliona funtów.

To właśnie skuteczność była największym problemem drużyny. Brak klasowego strzelca był jednym z powodów tego, że inni beniaminkowie Newcastle i Brighton mieli odpowiednio 29 i 18 goli więcej. W drużynie „Srok” błyszczał Dwight Gayle, a w BHA Glen Murray – obaj zdobyli po 23 bramki.

Właściwie jedynym, który wyróżniał się w ubiegłym sezonie na tle całej ligi był Aaron Mooy. To, że nie kojarzycie tego australijskiego pomocnika nie znaczy, że straciliście z oka perłę w koronie – dopiero poprzedni rok był dla niego przełomowy w karierze. Mooy, to jedyny członek ekipy Wagnera, który został nominowany do oficjalnej „jedenastki sezonu”. 26-latek został wypożyczony z Manchesteru City, a jego najlepsza kampania w karierze zaowocowała czterema golami i siedmioma asystami. Australijczyk został już wykupiony z „The Citizens” za niespełna 10 milionów funtów.

„Każdy kto śledził nasze poczynania w sezonie, w którym uzyskaliśmy awans wie, że powrót Aarona do zespołu zanim rozpoczniemy grę w Premier League to ogromne wzmocnienie. Jestem pewien, że fani są z tego faktu przeszczęśliwi” – tak po podpisaniu nowej umowy komplementował Australijczyka David Wagner. Trudno zarzucić mu fałsz, Mooy miał naprawdę wielki wpływ na grę Huddersfield.

Poza Kachungą i Mooy’em trudno wyróżnić kogokolwiek innego. Wspomniany Tommy Smith był najczęściej asystującym obrońcą (8 ostatnich podań), tworząc z trzema Niemcami: Chrisem Lowe, Michaelem Hafele i Christopherem Schindlerem niezłą, ósmą defensywę w lidze pod względem najmniejszej liczby straconych goli.

Jeśli jesteśmy już przy tyłach – to warto wspomnieć o walijskim bramkarzu Dannym Wardzie. Wypożyczony z Anfield młokos mający choćby występ w kadrze podczas Euro 2016, szalał między słupkami przez cały sezon, ale to w fazie play-off stał się dopiero bohaterem. „The Terriers” w półfinale z Sheffield Wednesday, a później w finale z Reading wygrywali dzięki rzutom karnym. Najpierw Ward obronił „jedenastki” Hutchinsona i Forestieriego, a w decydującym starciu na Wembley wygrał pojedynek z Jordanem Obitą

„To najgorsza z możliwych porażek, ale i najpiękniejsze z możliwych zwycięstw” – tak okrasił te wydarzenia ekspert BBC, Gary Lineker.

Ward prawdopodobnie powróci do Huddersfield i w tym sezonie. Jurgen Klopp ma do dyspozycji w bramce Simona Mignoleta i Lorisa Kariusa. Trener klubu z Anfield bardzo pochlebnie wypowiadał się o Walijczyku jak i pracy Wagnera, u którego co ciekawe, był świadkiem na ślubie. Obaj znają się jeszcze z czasów pracy w Dortmundzie, a ich relacje powinny sprzyjać rozwojowi Warda.

Jego ewentualne popisy w Premier League z pewnością chętnie zobaczyliby wszyscy fani klubu, a zwłaszcza 6000 kibiców, którzy prawo pierwokupu do karnetu na cały sezon zapewnili sobie już lata temu. W 2009 roku, klub został przejęty przez Deana Hoyle’a, ówczesnego właściciela niezwykle popularnej sieci sklepów „Card Factory” produkującego pamiątkowe kartki i kalendarze.

Hoyle po objęciu sterów blisko osiem lat temu zapowiedział, że kto kupi karnet na cały sezon w League One, będzie miał prawo pierwokupu karnetu w pierwszej kampanii po awansie do Premier League za zaledwie 100 funtów. Wspomniane 6 tysięcy osób dziś świętuje, zdając sobie sprawę, że w podobnej cenie, fani choćby Arsenalu mogą obejrzeć na stadionie jeden mecz, niewielką resztę wydając w pubie. Poza wspomnianymi szczęśliwcami zostanie także kilka miejsc dla innych. Obiekt w Huddersfield pomieścić może ponad 24 tysiące widzów, co czyni go 16. co do wielkości stadionem w Premier League. Większym niż obiekty Watfordu, Crystal Palace, Swansea i Bournemouth.

Huddersfield to drużyna, która nie jest anonimowa dla archiwistów zajmujących się angielskim futbolem. Zespół z zamieszkanego dziś przez blisko 150 tysięcy ludzi był pierwszym, który trzy razy z rzędu zdobył mistrzostwo kraju. Było to jednak niemal wiek temu, w latach 1924-26. Jeśli chodzi o inne historyczne ciekawostki, to warto zaznaczyć, że klubem dowodził przez pewien okres legendarny Bill Shankly, a swego czasu – dokładnie w 1960 roku, transferowy rekord pobił gracz odchodzący z klubu. Był to Dennis Law, postać dziś kojarzona głównie z Manchesterem United. „Czerwone Diabły” zapłaciły wtedy horrendalne jak na tamte czasy 55 tysięcy funtów.

Dziś historię muszą jednak napisać na nowo. Pieniędzy, jak to w angielskiej elicie nie zabraknie. Poza stabilną sytuacją finansową dzięki rządom Deana Hoyle’a, awans do Premier League zagwarantował „Terierom” 185 milionów funtów, a klub wydał już ponad 40 na wzmocnienia. Poza wykupem Mooy’a, sprowadzono także napastników: niezwykle wysokiego Benińczyka Steve’a Mounie z Montpellier (14 goli w zeszłym sezonie w Ligue 1), również mierzącego ponad 1,90 cm, Belga Laurenta Depoitre (w zeszłym sezonie tylko 1 gol w 7 meczach ligi portugalskiej w barwach Porto) oraz skrzydłowego z nazwiskiem – Toma Ince’a (w kampanii 16/17: 14 goli i 8 asyst dla Derby County w Championship).

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy wspomniane wzmocnienia wystarczą ekipie Davida Wagnera do utrzymania w Premier League. Los na starcie sezonu nie był okrutny – „The Terriers” rozpoczną sezon od wyjazdowego starcia z Crystal Palace, które dopiero co przejął Frank de Boer. Przed reprezentacyjną przerwą zmierzą się jeszcze u siebie ze starymi znajomymi z Newcastle oraz West Hamem. Czy zagryzą swoich przeciwników? Dowiemy się tego za niespełna miesiąc. Teraz wiemy jedynie na pewno, że bilansem bramkowym nie można się szczególnie sugerować.

LEAVE A REPLY